sobota, 27 września 2014

Kręta droga ucieczki na ekranie, czyli The Maze Runner wreszcie w kinach.

Dystopie młodzieżowe, które przypadły mi do gustu można policzyć
na palcach jednej ręki - powodem jest zazwyczaj powtarzalność głównego motywu.
Jak jednak wiadomo, w tym gatunku trudno o coś absolutnie nowego i nie da się uniknąć pewnych podobieństw fabularnych - dlatego męczy mnie ciągłe doszukiwanie się zbieżności z Igrzyskami śmierci wszędzie tam, gdzie występują walczący nastolatkowie (a przecież sam pomysł S. Collins niebezpiecznie przypomina japońskie Battle Royale, co wcale nie przeszkadza mi w docenianiu jej trylogii).

Ostatnimi czasy dostajemy całkiem solidną dawkę ekranizacji książek
dla młodzieży. Po dwóch częściach Igrzysk... i Niezgodnej, na świeczniku znalazł się Więzień labiryntu. Bestseller Jamesa Dashnera przyniósł gatunkowi pewne odświeżenie - koncepcja nie przypomina żadnej innej,
z którą spotkałam się do tej pory. Motyw labiryntu autor przenosi na grunt popularnej dystopii, otrzymując tym samym oryginalną, wciągającą fabułę(i dobry materiał na scenariusz).


Po przydługim wstępie czas przejść do tematu, czyli samej ekranizacji Więźnia... . Biorąc pod uwagę fakt, że najpierw przeczytałam książkę zabrakło mi trochę niepewności, która dodaje seansowi smaku. Kiedy widzowie za mną szeptali coś w stylu "ciekawe, czy teraz zginie", ja doskonale znałam zakończenie danego wątku. Nie oznacza to jednak,
że film niczym mnie nie zaskoczył - wręcz przeciwnie, czułam napięcie tak samo jak wszyscy, którzy z tą historią zetknęli się po raz pierwszy.

czwartek, 25 września 2014

Remake oczyszczony z zarzutów, czyli The killing.

Nakręćmy to jeszcze raz...
Wśród kinomaniaków istnieje popularna opinia, że gdy w Ameryce tworzy się remake wzorowany na skandynawskim pierwowzorze, należy go obchodzić szerokim łukiem (to samo z resztą mówi się czasami remake'ach azjatyckiego kina grozy). Dlaczego? Bo Ameryka
i Skandynawia to zupełnie inne miejsca, inna kultura, diametralnie różne otoczenie, odmienna mentalność... 

Słowem, Amerykanie nie potrafią odwzorować charakterystycznego, posępnego i depresyjnego klimatu typowego dla kryminalnych produkcji szwedzkich/norweskich/duńskich itd.


wtorek, 23 września 2014

O wampirach i wilkołakach inaczej, czyli wrażenia po pierwszej wizycie w Hemlock Grove.

Do niewielkiego miasta w Pensylwanii przyjeżdża nastoletni Cygan - Peter, skrywający prawdę o swojej podwójnej naturze. Na miejscu poznaje zamożnego Romana, który najwidoczniej nie ma pojęcia o tym, że sam również nie jest w pełni człowiekiem...
Tymczasem w niezwykle brutalnych okolicznościach ginie młoda dziewczyna, a podejrzenie pada właśnie na tę dwójkę. 

Wampiry, wilkołaki, nastoletni bohaterowie? Nie, wcale nie chodzi
o lovestory Edwarda i Belli, ale o Hemlock Grove, mało popularny amerykański serial z 2013 roku (na podstawie książki, której autorem jest Brian McGreevy). Intryguje mnie ta produkcja, nie zaprzeczę. Wygląda
na to, że twórcom udało się wnieść nową jakość do tematu, który w ciągu ostatnich lat stał się tak powszedni, że aż prostacki. Co prawda wzdrygałam się na samą myśl o kolejnym wampiryczno-likantropijnym banale, ale całe szczęście HG nie ma praktycznie nic wspólnego
z paranormal romance. Jak prezentuje się całokształt tej produkcji?   

Z pewnością dosyć kontrowersyjnie... co wcale nie znaczy, że źle.


piątek, 19 września 2014

Hyperion, czyli opowieści pielgrzymów.



Niezwykła okładka... Wprowadza w nastrój tajemnicy i grozy.

Błyskawice. Statek kosmiczny o barwie hebanu unosi się nad pogrążoną  w mroku planetą, po której powierzchni z rykiem przemykają ogromne gady. W tle Preludium cis-moll Rachmaninowa. Ale dla grającego ten utwór Konsula Hegemonii, prawdziwa podróż dopiero ma się zacząć.


poniedziałek, 15 września 2014

Nieco krótsze tipsy, czyli świat baśni (mimo wszystko) w wersji hard.

Nadszedł wreszcie chwalebny i upragniony dzień, kiedy w moje ręce wpadła druga część Rewolucji według Ludwika. O przygodach naszego cynicznego, błyskotliwego książątka obdarzonego niezwykle bujnym owłosieniem głowy, naskrobałam już coś niecoś jakiś czas temu.
Wiadomo, że jeżeli książka/film/komiks przypadnie nam wyjątkowo do gustu, kontynuacji wyczekujemy z podnieceniem i zniecierpliwieniem, ale również pewną dozą niepokoju - zawsze istnieje możliwość, że spotka nas bolesne rozczarowanie. A jak efekty pracy Kaori Yuki mają się do moich nadziei i obaw? O tym niżej (możliwe małe, ale to bardzo małe spoilery ;).





sobota, 13 września 2014

Patrole, czyli mniej oczywiste dobro i zło.

Bez trudu można zwrócić ludzi ku Światłu lub Ciemności, jednak najszczęśliwsi są wtedy, gdy pozwoli się im być sobą.

Literatura rosyjska nie cieszy się w Polsce specjalnym powodzeniem, często bywa wręcz dyskredytowana. W niektórych czytelnikach tkwi jakieś uprzedzenie - być może ma to związek z przeszłością, a może po prostu
ze specyfiką, niepowtarzalnym rysem, który odnajdujemy na kartach książek zza wschodniej granicy. Bo jest rzeczywiście coś charakterystycznego, co odróżnia je od amerykańskich chociażby (chyba ten słowiański duch ;). Wiem jedno - to co niektórych na wstępie odrzuca, mnie natychmiast pochłonęło do reszty.



czwartek, 11 września 2014

Ślepowidzenie, czyli z wampirem na pokładzie.

Pierwszy kontakt z cywilizacją pozaziemską - jeden z typowych (o ile nie ogranych) tematów twórców SF. Nasuwa się zatem pytanie: czy w XXI wieku autor zdoła poruszyć tak oczywisty motyw w mało oczywisty sposób...?
Peter Watts udowadnia, że o zetknięciu na linii ludzie-obcy potrafi napisać książkę nie tylko oryginalną i frapującą ale również poszerzającą ramy gatunkowe. Wycieczka w daleką przyszłość, gdzie każdą wadę i chorobę, genetyczną bądź rozwojową da się "naprawić", stanowi dla autora pretekst do rozmyślań o podłożu psychologicznym, filozoficznym, etycznym. Bo czy możliwość skorygowania daje ludziom prawdziwe szczęście, czy prowadzi do pogłębienia relacji? A może wręcz przeciwnie, mieszkańcy wykreowanego przez Wattsa świata są w stanie zaledwie przetwarzać
i analizować informacje bez najmniejszego zrozumienia? 


Taki właśnie jest Siri Keeton - jeden z członków załogi Tezeusza, pozbawiony w dzieciństwie połowy mózgu. Na pokładzie mamy również dowódcę-wampira Jukkę Sarastiego, przedstawiciela wymarłego gatunku drapieżników odtworzonego na nowo przez naukowców (jakże odmienna koncepcja wampiryzmu od tej obrazoburczej "zmierzchopodobnej"). Mamy lingwistkę Susan James, która poddała się zabiegowi rozdzielenia jaźni
na cztery autonomiczne i diametralnie różne osobowości...

Już sami bohaterowie - każdy wyjątkowy, indywidulany, każdy będący nieodrodnym dzieckiem ukazanej w książce futurystycznej rzeczywistości - sprawiają, że do Wattsa możemy czuć jedynie uznanie rosnące z każdą przerzuconą stroną. Oni właśnie zmuszeni będą do konfrontacji                     z Rorschachem. Konfrontacji przechodzącej ich najśmielsze oczekiwania, konfrontacji brzemiennej w skutkach.

Jak często bywa, im dalej w las, tym więcej drzew... a w przypadku Ślepowidzenia wraz z rozwojem fabuły wzrasta ilość pojawiających się zewsząd naukowych neologizmów i opisywanych przez Wattsa różnorakich procesów. Kwestie tego typu autor wyjaśnia w wieńczących dzieło "Przypisach i źródłach". Znajdziecie tam chociażby biologiczne spojrzenie na homo sapiens vampiris, wyjaśnienie zjawiska tytułowego, genezę paru technicznych pomysłów z Tezeusza... Warto zapoznać się z tym rozdziałem - w końcu to dowód, że pomysły autora są czymś więcej niż tylko niemożliwym do zrealizowania wytworem bujnej fantazji - jednak przede wszystkim dla uzupełnienia wizji opisanej w książce.


Trzy różne okładki, każda z nich perfekcyjna... Nieczęsto się to zdarza.




Ludzie nie są racjonalni. Nie jesteśmy myślącymi maszynami, jesteśmy czującymi maszynami, które przypadkiem myślą.



Matematyka dowodzi niezbicie: jedyną wygrywającą strategią jest tajemnica. Tylko głupek mówi, kiedy ma urodziny.


Gra nigdy się nie kończy (...). Nie ma więc także wygranych. Są tylko ci, którzy jeszcze nie przegrali.




wtorek, 9 września 2014

Palimpsest, czyli powroty za wszelką cenę.

Rankiem budzisz się w łóżku obok przypadkowej osoby. Nic do niej nie czujesz, trudno tu nawet o szczere pożądanie. Pożądasz czegoś zupełnie innego, a ta osoba i tatuaż-znamię, siatka zaplątanej pajęczyny ulic szpecąca jej skórę, to dla ciebie przepustka. A przecież musisz tam powrócić za wszelką cenę...

Bohaterowie wracają.

Rozkochana w pociągach młoda Japonka, wspominająca dzieciństwo spędzone z chorą psychicznie matką.

Imigrant z Rosji mieszkający w Nowym Jorku, nawiedzany przez zmarłą przed jego narodzeniem siostrę.

Pszczelarka o imieniu November, czytająca setki razy jedną książkę, którą wskazał jej zmarły ojciec będący bibliotekarzem.

Rzymski introligator, gorliwy katolik zaplątany w toksyczną relację     ze swoją żoną Lucią...

...wszyscy oni wracają do miasta z pogranicza snu i jawy, miasta zarówno fascynującego i niepokojącego. Palimpsestu, który uczynił       z nich swoich dobrowolnych, fanatycznie oddanych niewolników.

Jak wielu rzeczy musieli się wyzbyć, żeby wkroczyć tam chociażby       na jedną noc? I ile będą musieli oddać, żeby zostać tam                     na zawsze... 

Catherynne M. Valente jest również poetką. Nie zaskoczyła mnie ta informacja, gdyż cała jej książka wydaje się poetyzmem przesiąknięta - nie tylko kwieciste, metaforyczne i przemawiające do zmysłów obrazy, ale przede wszystkim głęboko oniryczny, nierzeczywisty klimat.
Bo Palimpsest to sen, a w każdym śnie za maską tajemniczego piękna kryje się coś więcej. Bo Palimpsest to baśniowość, groteska i mrok przenikające się nawzajem w stale zmieniających się proporcjach,
a bohaterowie odczują to - wiele razy dosłownie - na własnej skórze. Mimo wszystko będą gotowi na każde upodlenie, na przekroczenie każdej granicy moralnej, aby zyskać swój środek odurzający pod postacią Miasta, groźnego i pociągającego niczym mityczna bestia.

Powieść to w gruncie rzeczy zbiór impresji. Z jednej strony mamy desperackie dążenia bohaterów w znanej nam (ale niekoniecznie tak oczywistej...) codzienności, z drugiej strony kolejne widoki krętych niczym labirynt ulic Palimpsestu. Brak tu moim zdaniem jednoznacznego wątku przewodniego - mamy czwórkę ludzi i ich najgłębsze pragnienia, przesypujące się jak ziarna piasku po kolejnych stronach. 

Prawdopodobnie dlatego powieść nie przypadła mi do gustu tak bardzo jak poprzednie opisywane przeze mnie pozycje, czyli chociażby Wurt, który wyrasta z całkowicie odmiennej specyfiki (trudno właściwie
na jakiejkolwiek płaszczyźnie porównywać cyberpunkowe SF              i liryczną, bliższą raczej fantastyce historię Valente - chociaż w obu przypadkach głównym motywem wydaje się być przekraczanie granic   i pragnienie ucieczki w inną rzeczywistość).

Z całą pewnością nie polecam nikomu, kto ceni wartką akcję ponad charakterystyczny nastrój, magię i osobliwość. Książka dla każdego, kto preferuje poezję w prozie, dla każdego, kto pozwala swojej wyobraźni wybiec dalej, niż pozwala na to przeciętna lektura               z księgarnianej półki. 

No i oczywiście dla każdego, kto lubi wyzwania jakie serwują nam       na Uczcie Wyobraźni.


Wszystkie okładki z serii Uczty Wyobraźni wydają się idealnie skomponowane z treścią książek.
W przeciwieństwie do wielu innych okładek, te przykuwają uwagę czytelnika i wprowadzają w klimat historii.


Ład jest przechodni: uporządkuj jedną drogocenną rzecz, a uporządkujesz cały wszechświat.

Chcemy uciec ze świata naszych rodziców, którzy udają, że nie wiedzą o naszym istnieniu, naszych podróżach i pragnieniach, choć sami przecież żyją, podróżują i pragną.



x

czwartek, 4 września 2014

Bądź gotowy dziś do drogi, czyli Impalą przez świat.

Czarny Chevrolet Impala z 1967 przemierza kolejne mile po drogach i bezdrożach, wydając przy tym charakterystyczne pomruki silnika. Z radia dobiega muzyka (prawdopodobnie AC/DC, Led Zeppelin, Def Leppard itd.). Gdzie trafiliśmy?
Wygląda na to, że do supernaturalnej Ameryki.



środa, 3 września 2014

Dekadencki koszmar, czyli w podziemiach Veniss.

Veniss - futurystyczne miasto, którego nazwa swoim brzmieniem przywodzi na myśl syk żmii. Trudno uciec od tego porównania w trakcie czytania, gdyż jad, na pierwszy rzut oka niewidoczny, a jednak śmiertelnie niebezpieczny, przetacza się przez ulice książkowej metropolii kumulując się w jej podziemiach...

Książka VanderMeera nie jest dla każdego. Jeżeli ktoś w fantastyce oraz science fiction upatruje jedynie źródła wrażeń estetycznych, lepiej niech Podziemi... nie dotyka. A jeżeli już dotknie, niech przygotuje się na szok.
Bo ta powieść nie jest piękna, jest przesiąknięta mrokiem i oparami dekadencji. 
Niebieskie słoniowate istoty i gadające surykatki - to, co dotychczas mogło się nam kojarzyć jedynie z produkcjami Dream Works - teraz staje się synonimem antyutopii.
Veniss poznajemy z trzech punktów widzenia, co autor dodatkowo podkreśla prowadząc trzy typy narracji. Muszę przyznać, że zabieg ten okazał się oryginalny i efektowny, wyodrębniając autonomiczne sylwetki bohaterów, których losy okazują się nieodwołalnie połączone z miastem
i jego podziemiami.

Schodzenie wraz z autorem do coraz głębiej położonych rejonów podziemi Veniss, przypomina wędrówkę przez kolejne kręgi dantejskiego piekła. Nigdy nie wiadomo jaki koszmar czai się za rogiem tego nieprzewidywalnego, okrutnego świata, w którym ludzi hoduje się
w kadziach, większość części ciała możesz utracić jeszcze za życia
na rzecz banku organów, a pożądane przez ludzi istoty zmodyfikowane genetycznie okazują się być czymś znacznie mniej niewinnym, niż tylko domowymi pomocnikami.


Jaki los czeka ludzkość? Czy nasz gatunek przetrwa, czy okaże się niedostatecznym wytworem ewolucji? - pyta VanderMeer. Rozwiązanie autora trudno traktować poważnie, nawet jeżeli zajrzy się w przyszłość bardzo, ale to bardzo daleko. 
Podziemia Veniss są antyutopijną, skrajną wariacją łączącą elementy złego snu i halucynacji. Są równocześnie wcieleniem idei tak oryginalnej
i z punktu widzenia klasycznego SF kontrowersyjnej, że warto poświęcić czas na ich poznanie (o ile rzecz jasna jest się posiadaczem otwartej wyobraźni i nie ma się uczulenia ani na makabryczne dziwactwa, ani 

na sierść dwumetrowych zabójczych surykatek).



A może ja po prostu chcę prześliznąć się przez życie niewidzialna, nieważka. Może przeżywane w ten sposób życie jest łatwiejsze, może przynosi więcej zadowolenia...


poniedziałek, 1 września 2014

Książę z tipsami, czyli świat baśni w wersji hard.

Nie znam się zbytnio na mangach, ale czasami chętnie jedną pożyczę(od czego ma się przyjaciół... ;). W ten właśnie sposób w moje lepkie ręce wpadła Rewolucja według Ludwika. Od początku zafascynowała mnie sama idea zabawy motywami ze znanych baśni braci Grimm, przetworzenia ich i ukazania w nowej, bardziej gotyckiej oprawie. A zatem mamy (w tym wydaniu wierzcie mi, mało urocze czy delikatne) dobrze znane piękności: Śnieżkę, Czerwonego Kapturka, Śpiącą Królewnę... Wszystko w krwawym i mrocznym świecie baśni, którego ocenzurowaną wersję znają przedszkolaki.



Wątroba na patelni, czyli o Hannibalu-kanibalu.

Hannibal (możliwe mini-spoilery; nie zdradzam kluczowych momentów ani rozwiązań, ale opisuję motywy).

Czasami zdarzają się takie seriale, które przerastają skalę odporności normalnego widza. Czasami zdarzają się takie seriale, które odrzucają tegoż widza makabryczną oprawą  a nawet nieco irytują, ukazując coraz to dziwniejsze
(i bardziej podejrzane) wizje scenarzysty. A jednak widz nadal ogląda... I mimo odruchu wymiotnego jest coraz bardziej zafascynowany.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...